Nocny głos

Dochodziła północ. Miasto ogarnięte było błogim spokojem, a ponad nim leniwie wisiał wszechświat. Ulice były prawie puste, gdzie niegdzie można było spotkać pojedynczych przechodniów pośpiesznie udających się do domów. Jack wracał właśnie z dyżuru w pobliskim szpitalu. Czuł pulsujący ból w głowie, dotkliwie odczuwał napięcie w mięśniach zmordowanych wielogodzinna pracą. Szedł nerwowym krokiem, chciał już być w domu, obok swojej ukochanej. Mijając kolejne kamieniczki usłyszał nagle dziwny, obcy szelest. Z lękiem spojrzał za siebie, lecz jego wzrok nie napotkał żadnej postaci. Przyśpieszył. Kolejny szelest… Czuł jak jego serce tłucze się jak oszalałe w piersi. Próbował się uspokoić, tłumaczył sobie że te niecodzienne dźwięki to tylko wytwór jego zmęczonego umysłu.. Jednak pewna część jego jestestwa podpowiadała mu, że powinien uciekać, mówiła mu że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Miał już lekką zadyszkę, po skroni spływała cienka stróżka potu. Co kilka kroków nerwowo spoglądał za siebie, nadal jednak nie mógł niczego dostrzec. Nie był również w stanie zlokalizować źródła owego niepokojącego go dźwięku. Jack był krótkowidzem, ciemnościach nie widział nawet górnej krawędzi otaczających go wysokich kamienic. Skręcił w lewo, od domu dzieliło go jeszcze jakieś piętnaście minut marszu. Piętnaści minut samotnego marszu pośród ciemnych zaułków brudnego, obskurnego centrum. W pobliskiej bramie coś trząsnęło tak, że Jack potknął się i upadł, rozbijając sobie łuk brwiowy… sparaliżował go lęk, nie mógł się ruszyć. Ciepła, lepka krew spływająca z czoła napłynęła mu w okolice lewego oka. W jego głowie rozbrzmiał obcy głos : I tak mi nie uciekniesz. Jesteś za slaby , człowieku. Jack przełamał swój strach i zerwał się z zimnego, brudnego chodnika. Popędził przed siebie, nie bardzo wiedząc gdzie biegnie. Po kilku minutach wyczerpującego biegu uświadomił sobie że jest już blisko domu. Jeszcze tylko kilka zakrętów i będzie przed swoją klatką. Głupcze, przestań biec. Zostawiasz za sobą smakowity ślad. Nie umkniesz mi – szeptał złowrogi głos, Jack czuł jakby ktoś ze wszystkich stron napierał na jego umysł. Padł na kolana. Oszałamiający ból szalał wewnątrz jego czaszki niczym rozbijające się o brzeg fale podczas sztormu. Wstał, podtrzymując się pobliskiej ściany, ruszył przed siebie chwiejnym krokiem. Nagle z prawej strony uderzył go potężny podmuch powietrza, rzucił nim w przerwę między budynkami. Bezwładnie wturlał się na podwórze, głową i plecami uderzając w metalowe kosze na śmieci. Zdezorientowany otworzył oczy. Ujrzał przed sobą półnagiego mężczyznę o idealnej sylwetce. Owy mężczyzna miał trupiobladą skórę, w oczodołach błyszczały krwistoczerwone ślepia. Miał koło dwóch metrów wzrostu, muskulaturę, której pozazdrościłby nie jeden atleta. Blond włosy opadały mu do ramion. Przemówił nagle, głosem który Jack od razu rozpoznał. Głosem z jego głowy.
- Po co to wszystko, mówiłem Ci przecież, że nie uciekniesz – powiedział szyderczym głosem – Jesteś słaby, słaby jak inni z twojego gatunku. Chodzące przekąski, pełne przepysznej, ciepłej krwi.
Jack doznał olśnienia, nie był jednak pewien czy powinien się z tego cieszyć. Właśnie uświadomił sobie, że ma przed sobą wampira.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.